Piątek, dwudziesty czwarty stycznia.
Bezchmurne, wieczorne niebo, na którym pojawiają się pierwsze tej
nocy gwiazdy, towarzyszy im blady sierp księżyca. To jedna z
tych cichych, wąskich uliczek, używanych głównie przez osoby
pragnące chwili samotności czy prywatności. Staroświeckie
naścienne lampki, rodem z tandetnego horroru, nadawają całości
tajemniczy charakter. Od czasu do czasu jedna z nich gaśnie, by
zaraz na powrót zabłysnąć nikłym światełkiem.
Cisza, jaka tam panuje, jest nieco
przytłaczająca, ale wydaje się, że tak właśnie ma być, że nie
powinno się jej przerywać. Jest nieodłączną częścią uliczki
i z góry każdy, kto ją odwiedzi po prostu wie, że tak zostać
powinno. Jednak po chwili słychać dźwięczny, dziewczęcy śmiech,
do którego zaraz dołącza drugi, nieco cichszy. Zaraz rozlegają
się kroki dwóch osób.
W nikłym świetle lamp sylwetki stają
się wyraźniejsze, już wiadomo, że to idą, ramię w ramię, dwie
nastolatki, powiewając długimi włosami i samą swoją obecnością
nadając miejscu przyjemniejszy charakter. Na ramieniach trzymają
bardzo podobne torby.
Gdy dochodzą do skrzyżowania, stają,
i już w zupełnej ciszy się rozstają, unosząc ręce w geście
pożegnania. Po chwili odchodzą w przeciwne strony, a wszelkie
odgłosy na powrót nikną.
Z ciemności dochodzą ledwo
dosłyszalne odgłosy przemieszczania się i przez chwilę można
dostrzec jakąś twarz, nadal skrytą w cieniu. Postać uśmiecha się
szyderczo, a z jej ust wydobywa się szept, dwa słowa.
- Mam cię.
I na powrót ciemność pochłonęła
całą uliczkę, lampy zgasły, i jedynym dźwiękiem przerywającym
ciszę były czyjeś ciche kroki.
Już niedługo.
Już niedługo.