poniedziałek, 27 stycznia 2014

Prolog


Piątek, dwudziesty czwarty stycznia. Bezchmurne, wieczorne niebo, na którym pojawiają się pierwsze tej nocy gwiazdy, towarzyszy im blady sierp księżyca. To jedna z tych cichych, wąskich uliczek, używanych głównie przez osoby pragnące chwili samotności czy prywatności. Staroświeckie naścienne lampki, rodem z tandetnego horroru, nadawają całości tajemniczy charakter. Od czasu do czasu jedna z nich gaśnie, by zaraz na powrót zabłysnąć nikłym światełkiem.
Cisza, jaka tam panuje, jest nieco przytłaczająca, ale wydaje się, że tak właśnie ma być, że nie powinno się jej przerywać. Jest nieodłączną częścią uliczki i z góry każdy, kto ją odwiedzi po prostu wie, że tak zostać powinno. Jednak po chwili słychać dźwięczny, dziewczęcy śmiech, do którego zaraz dołącza drugi, nieco cichszy. Zaraz rozlegają się kroki dwóch osób.
W nikłym świetle lamp sylwetki stają się wyraźniejsze, już wiadomo, że to idą, ramię w ramię, dwie nastolatki, powiewając długimi włosami i samą swoją obecnością nadając miejscu przyjemniejszy charakter. Na ramieniach trzymają bardzo podobne torby.
Gdy dochodzą do skrzyżowania, stają, i już w zupełnej ciszy się rozstają, unosząc ręce w geście pożegnania. Po chwili odchodzą w przeciwne strony, a wszelkie odgłosy na powrót nikną.
Z ciemności dochodzą ledwo dosłyszalne odgłosy przemieszczania się i przez chwilę można dostrzec jakąś twarz, nadal skrytą w cieniu. Postać uśmiecha się szyderczo, a z jej ust wydobywa się szept, dwa słowa.
- Mam cię.
I na powrót ciemność pochłonęła całą uliczkę, lampy zgasły, i jedynym dźwiękiem przerywającym ciszę były czyjeś ciche kroki.
Już niedługo.